Kreta poza sezonem

      W lutym pojawiły się okazyjne oferty dość tanich marcowych lotów do Chanii – perełki największej wyspy Grecji. Pomyślałem, że to być ciekawa okazja poznania prawdziwych Kreteńczyków, przyjrzenia się ich codziennemu, niekomercyjnemu życiu… W końcu jest to czas, w którym po mieście biega więcej kotów niż turystów. Postanowiłem kupić bilety i grzecznie śledzić prognozy pogody.
Grecja jest mi bardzo bliska. Od zawsze fascynowała mnie jej przebogata historia, kultura, w której przenikają się mitologiczne tajemnice z dostojnym i dumnym charakterem prawosławia, doprawione porządną dawką śródziemnomorskiego pozytywnego nastawienia do życia i gościnności, a wszystko to w obrębie pięknie ukształtowanego terenu ograniczonego z trzech stron błękitnym morzem.

         Nadszedł dzień wylotu. Prognozy nie zapowiadały przyjemnej pogody, warto dodać, że podczas całego wyjazdu w Polsce były wyższe temperatury niż na Krecie.

Bilety do Chanii (z Wrocławia) kosztowały mnie 287 zł w dwie strony.

         Podróż ze stolicy Dolnego Śląska na samo południe Europy ponad Bałkanami jest już warta tej ceny. Przez długi czas towarzyszył mi malowniczy widok na łańcuch Karpat – od Tatr po rumuńskie Karpaty Południowe, a następnie Góry Dynarskie zwiastujące wlot ponad Serbię, Macedonię i wreszcie Grecję.

         Z lotniska wyszedłem około godziny 21:25. Na szczęście port lotniczy jest bardzo dobrze skomunikowany z centrum miasta, od którego dzielił mnie dystans około 15 km. Bilet kosztuje 2,50 €. Udało mi się dotrzeć do hotelu, który znajduje się prawie przy morzu. Koszt wynajmu pokoju w marcu zaczyna się od kilkudziesięciu złotych za osobę za 1 noc, w moim przypadku wynosił 60 zł (w dobrym standardzie i ze śniadaniem!).

           Z uwagi na bliskość do morza i zabytkowego centrum nie mogłem sobie odpuścić spaceru po weneckim porcie tuż po wrzuceniu bagaży do pokoju. Wąskie uliczki starego miasta zrobiły na mnie naprawdę piękne wrażenie! Było już późno, w kafenionach i restauracjach ciągle przesiadywali Grecy popijając kawę i grając w karty. Było dość chłodno. Temperatury w nocy spadały do 12 stopni.

            Jednym z „must see” na Krecie jest piękna zatoczka Seitan Limani, niestety pani w okienku na dworcu autobusowym (na wyspie nie ma kolei) rozwiała moje nadzieje. Nie było połączeń w to miejsce, „o tej porze nikt tam nie jeździ”, więc ze stopem też ciężko, a spacer z lotniska do tego rajskiego miejsca to przeszło 2 godziny w jedną stronę. Postanowiłem odłożyć tę atrakcję na następny raz i skupić się na pozostałych celach. Tak pierwszy dzień przeznaczyłem w całości na Chanię. Miasto jest naprawdę urokliwe!

       W dalekiej starożytności na jego miejscu wyrastało jedno z ważniejszych minojskich polis – Kydonia, założona prawdopodobnie przez samego króla Minosa (to ten od minotaura) – syna Zeusa i Europy, a według innych podań przez Kydona – syna Akalle i Hermesa. Pozostałości po minojskiej Kydonii można oglądać w miejscu Kastelli na ulicy Kanevarou.

       W 69 roku p.n.e. miasto zostało zajęte przez Cesarstwo Rzymskie pozostając pod protekcją krain Półwyspu Apenińskiego do XVII wieku, w którym podbili je Turcy wraz z całą Kretą. To właśnie za panowania Wenecjan Chania zyskała swój piękny charakter, wąskie uliczki z kolorowymi kamieniczkami przyozdobionymi drewnianymi okiennicami, mury obronne i urokliwy port.

PAT_9122PAT_9671PAT_9726

      Wizytówką miasta jest latarnia morska, która oprócz funkcji nawigacyjnych stanowiła również punkt widokowy, z którego wypatrywano wrogich okrętów. Za sprawą przebudowy z czasów okupacji egipskiej wyglądem przypomina minaret.

        W porcie znajduje się również Meczet Janczarównajstarszy na całej Krecie, który jest wyraźną pamiątką po okupacji tureckiej. Dziś funkcjonuje jako muzeum.

dPAT_9537PAT_9762

    Burzliwą przeszłość Krety i jej strategiczne znaczenie można dostrzec w jej architekturze sakralnej. Oprócz świątyń muzułmańskich (przerobionych na cerkwie lub muzea) i minaretów znajduje się tu katolicka katedra oraz sporo prawosławnych cerkwi, które wyraźnie zaznaczają, że Kreta jest teraz grecka. Miasto może poszczycić się także ‚dzielnicą żydowską’ z działającą do dziś synagogą.

PAT_9868

       Miejscem wartym odwiedzin jest również Hala Targowa w kształcie greckiego krzyża, w której można zakupić świeże ryby, owoce morza, pamiątkowe pierdoły, zioła, oliwę, oliwki, bakalie, mięcho a nawet do syta się najeść.

PAT_9376

        Bardzo ciekawą opcją na spędzenie popołudnia jest spacer wzdłuż wybrzeża. Muszę powiedzieć, że Chania ma bardzo ciekawą linię brzegową – od klifów po piaszczyste plaże. Wzburzone morze dodatkowo potęgowało piękno poszarpanych skalistych brzegów, o które rozbijały się z hukiem fale.

        Drugiego dnia postanowiłem wybrać się do Stavros. Miejscowość znana jest przede wszystkim z oscarowego filmu „Grek Zorba”, gdzie nagrywane było kilka scen. Szczególnie odwiedzanym przez turystów miejscem jest plaża, na której główni bohaterowie tańczyli charakterystyczny taniec sirtaki, powszechnie uważany za tradycyjny taniec grecki – nic bardziej mylnego, został on stworzony wyłącznie na potrzeby tego filmu.

PAT_9372
Mnie jednak przyciągnęło tam coś innego – jaskinia Lera (lub jaskinia Pana). „Wybita” w ścianie góry Vardies (czarna plamka po prawej stronie na powyższej fotografii) jaskinia w starożytności była miejscem kultu mitologicznego Pana, który siadał na jej skraju i grał na fletni zabawiając nimfy. Wewnątrz jaskini znajdują się trzy komnaty z pięknymi formacjami skalnymi – stalagmitami i stalaktytami, a także źródło wody. Dziś „pozostałości” po kozach mogą wskazywać na pasterskie przeznaczenie jaskini. Oficjalnie teren jest ogrodzony, w praktyce wystarczy lekko podnieść płot z siatki i po wędrówce na bardzo stromym i kamienistym stoku przysiąść i podziwiać piękną panoramę okolicy. W drodze minąłem kilku Greków, którzy zbierali na stokach ślimaki będące lokalnym przysmakiem.

        Po wspinaczce i zejściu z jaskini z wielką ulgą zamoczyłem stopy w chłodnym morzu, to uczucie było naprawdę miłe, szczególnie przy urozmaiconym, wręcz księżycowym skalnym wybrzeżu. W oczekiwaniu na powrotny autobus postanowiłem pospacerować po miejscowości, która bez dwóch zdań jest typowo turystycznym kurortem. W marcu martwym.

          Autobusy na Krecie jeżdżą zgodnie z rozkładami, które można zabrać z półki na dworcu głównym. Wskazują zarówno godzinę odjazdu do docelowej miejscowości, jak i godzinę powrotu do Chanii. Pojazdy są naprawdę eleganckie, zaopatrzone w klimatyzację i czyste, wygodne siedzenia. W sezonie można dostać się nimi w wiele pięknych miejsc, niestety minusem pozasezonowej sielanki są trudności w pełnym zwiedzaniu wyspy. W marcu w rozkładzie brakuje miejscowości Omalos, z której wyrusza się w Góry Białe (Lefka Ori) oraz do słynnego Wąwozu Samaria (najgłębszego w Europie), który jest zamknięty do maja z powodu roztopów śniegu i zalania dna przez wodę roztopową.

Bilet do Stavros to koszt 2,30 €.

        Tego dnia rano po raz pierwszy i ostatni dostrzegłem majestatyczne Góry Białe, które chciałem bardzo mocno odwiedzić, jednak pogoda i zagrożenie lawinowe pokrzyżowały moje plany. Wyglądały naprawdę dumnie, a o tej porze pokrywa je jeszcze gruba warstwą śniegu, który podobno utrzymuję się tam aż do czerwca.

PAT_9275

            Wieczorem w Chanii warto pospacerować po mieście. Wtedy życie towarzyskie się budzi. Kafeniony, tawerny i restauracje wypełniają się Grekami. Warto spróbować greckiej kawy (koszt to ok. 1€) – ta okazała się kawą po turecku (NIE WOLNO O TYM WSPOMINAĆ W GRECJI!)parzona tradycyjnie w tygielku z mlekiem, cynamonem i cukrem. Taką lubię najbardziej! Dlaczego nie wolno prosić w Grecji o „kawę po turecku”? Właśnie z uwagi na czarny okres okupacji. Był to bardzo krwawy czas represji wobec rdzennych mieszkańców. Masowe morderstwa, wysiedlenia, tłumione zrywy powstańcze i wynaradawianie doprowadziło do nienawiści wobec ich wschodnich sąsiadów, która trwa po dziś dzień.

           Bardzo popularną przekąską w Grecji jest gyros. Kosztuje ok. 2,30€ i jest naprawdę pyszny! Pamiętajcie, że Grecy nie jedzą byle czego, stąd chcąc zjeść coś naprawdę dobrego warto udać się do miejsc obleganych przez miejscowych, nie turystów, omijać restauracje, a kierować się do tawern.

         Trzeciego dnia udałem się do Paleochory – miejscowości na drugim końcu wyspy, która stanowiła najciekawszą pozycję na rozkładzie jazdy busów. Bilet kosztował aż 8.30€. Dystans 71 km autokar pokonał w około 2.5 godziny. Nie była to nudna trasa. Początkowo przebiegała wzdłuż wybrzeża na zachód, przejeżdżając kolejno przez kurorty położone nad Morzem Kreteńskim. O tej porze roku to miasteczka widmo. Gdzieniegdzie ktoś remontował hotel, czyścił okna na zbliżający się sezon, ale te miejsca były martwe. W osadzie Debla autokar odbił w prawdziwy raj. Drogi pozwijane jak harmonijki prowadziły przez wysokie góry, tradycyjne wioski, gaje oliwne, migdałowe i pomarańczowe, które w tym okresie wybuchały kolorami. Liczne głębokie wąwozy robiły niesamowite wrażenie. Strasznie żałowałem, że muszę słuchać się rozsądku i nie wychodzić w góry podczas tak niepewnych warunków. Po pełnej wrażeń drodze, podczas której nieraz miałem wrażenie, że za chwilę zsuniemy się w przepaść na zakręcie, dojechałem do celu.

        Paleochora nazywana „Ulubienicą Morza Libijskiego” jest położona w pięknej scenerii u wylotu jednego z wąwozów, przez który wlewa się jak rzeka deltą do morza. Mieścina wedle przewodników miała być esencją prawdziwej Krety, gdzie miał stać tylko jeden hotelik. Niestety kilka lat po wydaniu przewodnika widocznie trochę się zmieniło bo hoteli i pensjonatów nie nadążałem naliczać. Jednak urok skalistego klifowego wybrzeża nagrodził cały ten turystyczny niesmak.

PAT_9658PAT_9625

      Pomimo mnogości placówek dla urlopowiczów Paleochora wydawała się swojska. Wąskie uliczki pełne tawern, kafenionów i sklepików, w których ciężko o kupno widokówki czy plastikowej pamiątkowej pierdoły, a dworzec autobusowy mieści się w jednej z kamienic.

        Postanowiłem zjeść obiad w tawernie. Według Kreteńczyków popołudniowy posiłek powinien składać się z trzech dań – przystawki (meze), dania właściwego i deseru. Stąd jako meze zamówiłem dakos – jest to wysuszony gruby sucharek obłożony pomidorami, cebulą, kawałem fety i oliwkami, polany oliwą – coś wspaniałego! Kolejno grillowany stek z pieczonymi ziemniorami, warzywami i tzatziki. Po zapiciu wszystkiego raki nie miałem już sił na deser. Obiad kosztował 10€. Trochę sporo jak na nasze realia ale po dwóch dniach na kanapkach i pomidorach można sobie na to pozwolić 😀

      Jedyną nieprzyjemnością podczas delektowania się pysznymi daniami były rozmowy… Polaków. Przez cały mój pobyt w tawernie musiałem słuchać politycznych żartów i tego jak to „wielkim darem jesteśmy dla Greków”. Ich zachowanie było naprawdę bezczelne. Szczególnie wtedy, kiedy nakazali zmienić muzykę na jakąś ludową instrumentalną bo „w takim miejscu nie życzą sobie współczesnej greckiej muzyki”. Jadąc w gości do obcego kraju nie wolno traktować ludzi jak służących, dlatego, „że się im płaci”. Płaci się za to, że nas goszczą, że dają nam jedzenie, możliwość noclegu, za to, że dowożą nas bezpiecznie krętą drogą do celu, że możemy poznawać ich kulturę, zwyczaje i codzienność. Kultura – tego niektórym brakuje i mam nadzieję, że niebawem będzie można ja dostać w tabletkach w każdym markecie, może wtedy świat trochę się zmieni. To przykre, że wielu nie potrafi uszanować drugiego człowieka.

       Obiektem, który warto zwiedzić są ruiny XIII-wiecznej twierdzy weneckiej położone na wzgórzu. Z moim zamiłowaniem do dłuższych spacerów postanowiłem wejść na nie od bardziej naturalnej strony – od morza.

         Z zamku pozostały jedynie fundamenty ale osoby zaciekawione historią (jak ja) będą zapewne zainteresowane spacerem po średniowiecznym obiekcie. Tym bardziej, że pozostałości wyraźnie wskazują na to, jakie poszczególne budynki pełniły funkcje. Ci, którzy nie do końca czują takie klimaty na pewno zachwycą się piękną panoramą okolicy rozpościerającą się ze wzgórza.

PAT_9639PAT_9644

        Sporą dawkę turystów miejscowość może zawdzięczać szerokiej piaszczystej plaży. Gdybyście kiedykolwiek jechali do nadmorskiego miasta, szczególnie większego, z zamiarem kąpieli w morzu to naprawdę odpuśćcie sobie. Miejskie plaże są ogromną kuwetą dla psów i kotów.

          Wracając na przystanek trochę się rozpadało. Wszedłem do środka dworca. Za mną wskoczyło 6 Brytyjek (sądząc po akcencie). Każda trzymała w ręce karton z pizzą. Wnętrze było szare od dymu papierosowego. Dziewczyny przysiadły do stołu wokół Greków i otworzyły pudełka z pseudowłoskim specjałem. Pani kasjerka momentalnie do nich podbiegła tłumacząc podniesionym głosem, że to nie są stoliki do jedzenia tylko do gry w karty i skierowała je na kawałek drewnianej półki, gdzie konsumuje się posiłki.

      Z Paleochory każdego dnia o godzinie 18:00 wypływa prom, który przewozi samochody i ludzi na drugi koniec Grecji – do Tessalonik. W ten dzień na prom nie wjechał żaden samochód ani nie weszła żadna osoba. Pogoda była naprawdę wspaniała, był to jedyny dzień na Krecie, podczas którego towarzyszyło mi słońce, a lazurowe może było stosunkowo spokojne.

PAT_9591PAT_9592

       Ostatniego dnia miałem dość sporo czasu na ostatni spacer po Chanii. Wylot do Wrocławia planowany był dopiero na godzinę 21:50.

          Morze było wyjątkowo wzburzone. Silny wiatr i sztorm zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że kilka godzin przesiedziałem na skałach, o które rozbijały się bałwany. Było dzikie, surowe, zupełnie inne od tego prezentowanego w katalogach biur podróży. W powietrzu unosiła się solna mgła.

        W Chanii warto wstąpić do Ogrodu Miejskiego. Został on założony podczas tureckiej okupacji. Mieści się w nim ‚mini zoo’, choć to raczej zbyt wyolbrzymione określenie. Pawie, kolorowe kury i (co najważniejsze) kozy kri kri – dzikie rogacze zamieszkujące kreteńskie góry (widziałem je dzikie w drodze do Paleochory!). Ogród stanowi popularne miejsce spotkań młodych Greków.

PAT_9736

PAT_9739

   Wychodząc z ogrodu przechodziłem obok starej wieży zegarowej. Zaczepił mnie przygarbiony grecki pan z siwym wąsem i zapytał, która jest godzina. Pomyślałem, że jeśli stoję pod wieżą z wielką tarczą zegarową to albo jego pole widzenia ogranicza się do 10 metrów albo chce zagadać. Trafiło na to drugie. Kiedy podałem czas, uśmiechnął się i odpowiedział, że „to już tyle lat, a ten zegar codziennie wskazuje dobrą godzinę”. Rozmawialiśmy około 10 minut. Opowiadał o tym, jak pracował w Kanadzie, gdzie nauczył się angielskiego i francuskiego. Kiedy po powrocie do domu musiał znów wyjechać na 4 lata do pracy, tym razem do Niemiec – tam nauczył się niemieckiego. Grecy nie lubią Niemców prawie tak samo jak Turków. Naziści podczas II wojny światowej dopuścili się okrutnych mordów na miejscowej ludności wybijając całe wioski w górach, a miasta ograbili i zrujnowali. Opowiedział mi o swojej rodzinie, o trójce dzieci, o wnukach, o tym jak piękna jest Kreta. Ja w zamian za to opisałem mu jak Polska i Niemcy wyglądają teraz. Jak wiele się zmieniło od upadku komunizmu. Zaprosił mnie nawet do swojej rodziny na obiad i wino, które sami przygotowują! Powiedział, że ma nadzieję, że kiedyś znów zapyta mnie o godzinę w tym miejscu i znów opowiem mu o tym, jak jest u nas. To było bardzo miłe spotkanie.

       Mówiłem, że już, że podczas mojego pobytu w Chanii było więcej kotów niż turystów? Tutaj kilka z nich 🙂

     Zostało mi jeszcze trochę euro. Postanowiłem coś zjeść. To coś przerosło moje oczekiwania. Na promenadzie Akti Papanikoli za portem Opsi znajduje się tawerna Volakas.
Przechodziłem tamtędy któregoś wieczora i zaczepił mnie Grek. Mówił, że mają super ryby, prosto z portu, pyszne jedzenie. Kiedy powiedziałem, że jestem z Polski to dodał jeszcze w gratisie piwo 😀 Za „coś czego nie ma nigdzie indziej” zawołał 10€. Pomyślałem wtedy, że jeszcze mam pyszne pomidory z bazaru za kilkadziesiąt centów, dobre bułki, pastę tahini, salami i w sumie to wolę to zjeść niż wydawać dodatkowe pieniądze.
Tego ostatniego już dnia stwierdziłem, że fajnie byłoby spróbować czegoś tutejszego i morskiego. Wszedłem. Na przystawkę standardowo – chleb i woda. Pyszny chleb z sezamem – greckie pieczywo jest naprawdę przesmaczne. Standardowo zamówiłem ‚sałatkę grecką’ czyli choriatiki, przyszła – w ogromnej misie. Zjadłem. Na drugie – ugadana dorada (dodam, że nie było jej w menu), nigdy nie jadłem tak dobrej ryby! Nigdy. Zawsze kiedy mam do wyboru coś pływającego, a krwistego steka wybieram to drugie, ale takie ryby mógłbym jeść całe życie. Zjadłem. Ledwo zjadłem. Oprócz dorady na talerzu były pomidory, pieczone ziemniaki. Ledwo wstałem do łazienki umyć ręce, a właściciel podbiegł i powiedział żeby jeszcze nie płacić bo za chwilę coś przyniesie. Już nie mogłem. Przyszedł. Przyniósł tacę z ciastem budyniowym, miski z jogurtem greckim, dżemem z czerwonych porzeczek, jabłka, pomarańcze, karafkę raki i dodał łamanym angielskim „to ode mnie, w prezencie, trzeba zjeść wszystko”. Byłem w niebie. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego konsumowania tego co mamy na talerzach. W moim domu niedzielny rodzinny obiad trwa około 20 minut, tam spędziłem bite 3 godziny.
Kiedy poprosiłem o rachunek pomyślałem, że nie był to zwykły obiad, a prawdziwe zakosztowanie kreteńskiej tradycji. Poznanie ich smaków, zwyczajów, stylu życia. Było w tym coś więcej niż tona jedzenia – była atmosfera, dokoła siedzieli Grecy i grali w karty, popijali ouzo, raki i leniwie szamali swoje obiady. Koszt takiej przyjemności to ok. 14€.

        Po takim obiedzie musiałem znów przysiąść na skałach i powdychać trochę jodu. Nie trwało to zbyt długo bo musiałem wrócić po bagaż i udać się na lotnisko.

PAT_9179PAT_9206

       Pożegnałem Chanię. W momencie wjazdu na lotnisko chmury ustąpiły. Kolejnego dnia od wylotu były piękne widoki na góry. Morze było spokojne. Jakby na pstryknięcie palca pojawiła się „katalogowa Kreta”. Rozpoczynał się sezon turystyczny. Miałem okazję poznać wyspę z tej surowej strony i ogromnie się z tego cieszę!

Kosztowe podsumowanie całego wyjazdu:

  • lot w 2 strony z Wrocławia (linia Ryanair): 287 zł
  • 4 noclegi: 240 zł
  • bilety autobusowe po wyspie: 26,2 € ~ 112,66 zł
  • 2 dwudaniowe obiady w restauracjach z piwem ~ 24€ ~ 103,2 zł
  • zakupy w marketach – przekąski, kanapki, pomidory na 2 dni ~ 7€ ~ 30 zł
    • SUMA: 772,86 zł/os

      Taki wyjazd można rozegrać oczywiście taniej. Nie trzeba stołować się w tawernach (- 103,2 zł), zamiast autobusów można próbować łapać stopa, choć ta opcja wchodzi w grę raczej w sezonie, kiedy po wyspie porusza się więcej turystów wypożyczonymi samochodami, podczas wyjazdu do Paleochory minęło nasz autobus 8 samochodów, liczyłem! (- 112,66 zł).

        Była to moja trzecia wizyta w Grecji, pierwsza na wyspie. Przejechałem ten kraj prawie od granicy z Turcją po Peloponez i uważam, że jest to ogromnie interesujący obszar. Góry Grecji są wyśmienitym miejscem wypadowym. Czas na drugą część Krety lub jakieś mniejsze wysepki!

Udanych podróży!

7 odpowiedzi na “Kreta poza sezonem”

  1. Pozdrawiam właśnie ze Stavros, foty robią wrażenie i oddaja klimat Grecji 🙂 Warto posiedzieć tu dłużej, żeby lepiej poznać zwyczaje lokalsów 🙂 i zachód słońca obserwowany z jaskini Lera – bezcenne !

  2. Byłam na Krecie od 3 do 5 kwietnia tego roku (czyli mniej więcej wtedy, kiedy Ty byłeś) i zauroczyła mnie! Zwiedziłam zaledwie Chanię, Rethymnon i Elafonisi, ale wiem, że wrócę tam po sezonie, szczególnie w góry. Piękne zdjęcia! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s