Bałkany cz. 3: Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Pecz oraz Budapeszt – trasa powrotna usiana cudami.

        W ostatniej części serii o podróży po Bałkanach opiszę jej najciekawszy etap. Stwierdzenie to jest jednak bardzo subiektywne. Wiele osób za cel stawia sobie adriatyckie plaże, jak już wiecie z poprzednich dwóch wpisów (wpis 1, wpis 2), moim głównym priorytetem jest poznanie natury i panujących w okolicy zwyczajów.

         Będzie to podróż przez zapierające dech w piersiach scenerie oraz bałkańskie ciekawostki. Załączając szczegółowy kosztorys opiszę:

  1. zachodnią część Czarnogóry:
    • okolice Zatoki Kotorskiej – zwanej „fiordem południa”, gdzie prawie pionowe górskie ściany spotykają się z Adriatykiem;
    • Jezioro Szkoderskie – wspaniały zbiornik wodny na granicy czarnogórsko-albańskiej;
    • Park Narodowy Lovćen – obfitujący w oszałamiające widoki;
  2. centralną Bośnię i Hercegowinę:
    • południkowy przejazd przez kraj kontrastów z panoramą masywu Prenj;
    • wizytę nad jeziorami Jablanica i Ramsko;
    • wieczór w Jajcach – miasteczku, które łączy w sobie historię z potęgą natury,
    • Banja Lukę – stolicę Republiki Serbskiej z atmosferą „nieodległej przeszłości”;
  3.  węgierskie miasta: Pecz oraz Budapeszt.

Przeczytacie o alkoholowej mieszance, jaką zafundowali mi Czarnogórcy oraz dlaczego prawie umarłem… I to kilka razy!

Dla przypomnienia kurs euro wynosił ok. 4,20 zł za 1€, natomiast 1 kuna = ok. 0,57 zł.

Wszystkie noclegi rezerwowałem przez aplikację Booking.com z 0/1-dniowym wyprzedzeniem.

Dzień 7 cd.

             Opuszczając stok góry Srd, z której rankiem podziwiałem Dubrovnik udałem się w kierunku Czarnogóry. Przed dotarciem na granicę należało zatankować samochód (302 kuny, ok. 173 zł). Granicę przekroczyłem w miejscowości Karasovići. Byłem już przyzwyczajony do „formalności”, jakie tam nie obowiązywały, jednak zaskoczyło mnie trochę, że na tym przejściu pogranicznik nawet nie chciał spojrzeć w mój dowód, a prosząc o pieczątkę zapytał „a po co to..”. Wjazd do Czarnogóry był wyjątkowo bezproblemowy.

Mapa przedstawia trasę przebytą w dzień 7.

dz7Do trasy należy doliczyć jeszcze ok. 30 km z serpentyn nad Kotorem do miasta oraz powrót na nocleg do miasta Tivat (google mają problem z wytyczeniem trasy serpentynami).

    Na terytorium Czarnogóry wjechałem o godzinie 11:04. Już wtedy termometry pokazywały temperaturę 29 stopni Celsjusza. Przed miastem Herceg Novi objawił się wspaniały „fiord” – Boka Kotorska. Widok gór, jakby zerwanych ku morzu robi naprawdę niesamowite wrażenie.

        Miedzy miejscowościami Risan i Perast z zatoki wyrastają dwie malutkie wysepki, na których wybudowano kościółki – kościół Sveti Dorde oraz kościół NMP na Skałach. Ich panoramę można podziwiać na całej trasie z Herceg Novi do Perastu.
Na fotografii panorama na zatokę, kościółki na wyspie oraz kościół św. Mikołaja w Peraście.

PAT_4004

Przystając chwilę na zachodnim brzegu zatoki spotkałem Włocha, który wcześniej fotografował ze mną Stari Most w Mostarze. To był bardzo miły zbieg okoliczności 🙂

        Tego dnia w swoim notesie nie zapisałem kawału historii. Chciałem go zabrać z pensjonatu, ale chyba nie do końca byłby przydatny. Nie dlatego, że nic się nie działo, a dlatego, że wpadłem w zupełny amok, prawie umierając z zachwytu.

Wracając do pensjonatu – najtańszą opcję w okolicy miasta Kotor udało się znaleźć w Tivacie. Pensjonat prowadzony był przez serbskie małżeństwo, które na co dzień mieszka w Nowym Sadzie. Dotrzeć do niego było mega ciężko i wiele błądziliśmy zanim znaleźliśmy dom i podwórze (spowodowane to było nieregularną numeracją budynków oraz brakiem lokalizacji w googlach). Za pokój 2-osobowy z aneksem kuchennym oraz widokiem na morze i góry zapłaciłem 20€ (84 zł).

Po posiłku (ciągle z polskich biedronkowych zasobów) wyruszyłem w drogę. W sumie nie do końca wiedziałem gdzie. Miał to być po prostu „przejazd”. Okazał się niezwykłą przygodą.

Około godziny 15:00 obrałem kierunek na Jezioro Szkoderskie. Czarnogóra to niewielkie państwo, wielkością przypomina województwo lubuskie (ok. 14 tys km2). Sprawdzając trasę przed wyjazdem znalazłem z okolic tego miejsca kilka całkiem ładnych zdjęć, nie myślałem jednak o tym, że wizyta w nich może być jednym z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu.

          Początkowo trasa prowadziła wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Zatrzymaliśmy się chwilę, aby zobaczyć słynną wyspę Sveti Stefan. Niestety jest ona prywatna, a wstęp na jej teren mają wyłącznie goście hotelu-wioski, do którego prowadzi strzeżona przez ochroniarzy grobla. Na skale znajdują się 2 kościółki i domy.

 

 

PAT_4013

Wyspa wygląda naprawdę ładnie, jednak cała komercja, która ogarnęła to miejsce jest przerażająca – wstęp na plażę hotelową kosztował 100€!

PAT_4011

Parking dla zwiedzających to koszt 2€ za godzinę.

       Trochę zawiedziony wyruszyłem w dalszą drogę, która prowadziła wzdłuż niesamowicie malowniczych klifów, gór i rozsypanych wysepek przyozdobionych kościółkami.

PAT_4019
PAT_4021

Po wjeździe wgłąb kraju góry zdominowały krajobraz. Trasa z wybrzeża w stronę jeziora, którą jechałem, prowadzi przez długi na ok. 4 km tunel – koszt przejazdu to 2,50€ (ok. 10,50 zł).

Przystając nad jeziorem nadeszła burza, której ryki rozbijały się w dolinie. Burzę i ulewę przeczekaliśmy na parkingu na zachodnim brzegu Skadaru. Z okolicy roztacza się piękna panorama Gór Przeklętych.

PAT_4051

Po ustąpieniu deszczu obraliśmy kurs na północ w kierunku Parku Narodowego Lovćen. Temperatura spadła z 32 do 18 stopni Celsjusza.

PAT_4073PAT_4096

Wdrapując się coraz wyżej słońce zaczęło rozdzierać chmury, a dolinę jeziora i okolicę oświetlił złoty blask. Powietrze się oczyściło, a moim oczom ukazał się wodny akwen otoczony zewsząd górami.

PAT_4132

W oddali połyskiwały ośnieżone szczyty Gór Przeklętych, których krajobraz przypominał nieco Mordor, a kłębiące się ponad nimi chmury potęgowały ich dramatyzm.

PAT_4144PAT_4145

Łącznie przez ok. 4 godziny przeżywałem coś nieopisanego. Jadąc przez dzikie tereny drogą o szerokości 1 wąskiego pasa, mijając porozjeżdżane węże, których wstążki pobłyskiwały na parującym asfalcie miałem przed oczami raj!

PAT_4147

Okolica była bardzo cicha. Słychać było jedynie rechot żab i śpiew ptaków.

PAT_4179

Cała sytuacja oczarowała mnie niezmiernie. Co jakiś czas mijaliśmy sady i winnice, a przy nich siedzących gospodarzy, którzy na bardzo nieruchliwej drodze oferowali sprzedaż domowych trunków. Wtedy pomyślałem, że przecież nawet nie kupiłem słynnej rakiji! A takie okoliczności to idealny moment na zakup tradycyjnej pamiątki.

        Zatrzymaliśmy się więc przy wesołej grupie mieszkańców w podeszłym wieku. 2 kobiety i 2 mężczyzn sączyli coś w szklaneczkach. Po krótkiej rozmowie w polsko-czarnogórskim języku migowo-średniopodstawowym dowiedziałem się, że mieszkają w Cetynii, a tutaj pomieszkują latem dbając o sady. Zbierają zioła, miód, fermentują różne rzeczy na alkoholowe trunki. Tak miło nam się rozmawiało, że postanowili poczęstować mnie serią przedziwnych napojów w zwykłej szklance wypełnionej do połowy. Na pierwszy ogień poszło wino z fig – wspaniałe, słodkie (a za słodkimi akurat nie przepadam). Kolejno: wino czerwone wytrawne, rakija, wódka z zielonych orzechów włoskich, wódka z pigwy i … wódka z czosnku! Ta ostatnia rozlała mi się chyba po całym ciele i dotarła we wszystkie nerwy. Z jednej strony odrzucający, śmierdzący płyn, a z drugiej bardzo „ożywiający” i do tego podobno zdrowy na wszystko! Musiałem poprosić jeszcze o odrobinę wina z fig żeby łykiem złagodzić smak palącego czosnku, a dostałem pełną szklankę 😀
Nawet nie czułem, że wymieszałem wszystko ze wszystkim, nie walczyłem z wielkim zawirowaniem, a jedynie ogarnęło mnie zdziwienie, że cały alkohol, głównie ponad 40-procentowy, nie wywołał we mnie zniszczenia i omdlenia. Kupiłem od państwa w 2-litrowych butlach wino czerwone wytrawne, słodkie wino z fig oraz rakiję (za 30€ / ok. 126 zł). W prezencie otrzymałem cała reklamówkę ziół zebranych w okolicy, które zeszłego marca pomogły mi przy przeziębieniu spowodowanym skokiem temperatur po wyjeździe do południowej Grecji.

      Droga w kierunku Kotoru była dalej wąska. Dodatkowo wjechaliśmy na prawdziwy plac budowy – bez asfaltu, w pyle i powoli zapadającym zmroku. Po kilkunastu kilometrach powolnej przeprawy ukazała się przed nami panorama jak ze snu – Zatoka Kotorska oświetlona lampami miejscowości. Różowo-pomarańczowo-błękitna łuna słońca pozostawała jeszcze na horyzoncie, a wszechobecna cisza i pobłyskujące światła w dolinie komponowały się w bajkę. Gdzieś było słychać tylko kukającego ptaka, którego dźwięki odbijały się od skalistych stoków.

PAT_4219

Nie martwiłem się o nic. Ani o węże, ani o wilki, jakieś stwory czy psychopatów. Byliśmy sam na sam z naturą. Mogliśmy celebrować jej tryumf nad człowiekiem, który nie jest w stanie sforsować gór. Spędziłem tam dużo czasu. Po prostu siedząc, patrząc i czując. Jeszcze nigdy nie doświadczyłem takiej ulgi i odpływu wszystkich negatywnych emocji (a po drodze trochę się ich nazbierało – wyobraźcie sobie mijanie busa na 1-pasmowej dróżce mając po prawej stronie kilkudziesięciometrową przepaść).

PAT_4225

Światła idealnie rysują kształt „fiordu”.

PAT_4232

Zjeżdżając w dół musieliśmy pokonać ponad dwadzieścia ostrych serpentyn, które zaprowadziły nas do Kotoru. W mieście spędziłem chwilę. Było już późno, ale nie mogłem podarować sobie zwiedzania tej czarnogórskiej „perły” wypełnionej po brzegi architekturą z czasów renesansowej okupacji weneckiej.

PAT_4245
PAT_4247

W mieście udało nam się zaparkować za darmo przy samym porcie i wejściu za mury miasta – te ciągną się bardzo wysoko po zboczu góry, z którego obserwowałem wcześniej panoramę całej okolicy.

Był to jeden z piękniejszych dni, a wszystkie zbiegi okoliczności, które miały miejsce od rana aż do powrotu na nocleg do Tivat sprawiły, że w cudowny sposób udało mi się być we właściwych miejscach i czasie. Kładłem się spać z poczuciem wielkiego docenienia mnie przez ten kraj, który zaoferował mi tyle wrażeń i piękna w jedno popołudnie!

Dzień 8.

Śniadanie z panoramą zatoki smakowało wyśmienicie. O 8:30 wyjechaliśmy w kierunku Bośni i Hercegowiny. O godzinie 9:11, w miejscowości Risan, przekroczyliśmy 2000 km.

Mapa przedstawia trasę przebytą w dzień 8.

dz8

Kolejny raz wspinaliśmy się stromą, wijącą się drogą nad zatoką. Ale warto było, bo panorama z góry wyglądała tak:

PAT_4291
PAT_4262

A to droga, którą ok. 480-1014 m n.p.m. jechaliśmy ku granicy:

PAT_4286

i kózki ❤

PAT_4294

Przed nami jeszcze 324 km do miasta Jajce. Żal było opuszczać Czarnogórę, która wyryła się w moich myślach i długo z nich nie wyjdzie. Tym bardziej, że trochę obawiałem się „normalności” w centralnej Bośni i Hercegowinie. Na szczęście się myliłem.

Dzięki Milenie i zaprezentowaniu apki do tworzenia hiperlapsów udało mi się nakręcić przejazd! Nie jest on niczym szczególnym technicznie, ale popatrzcie jak wyglądała trasa:

Przejścia graniczne tutaj to zupełna formalność. Ledwie sprawdzali dokumenty, żadnych pytań, a może po prostu mieliśmy szczęście trafić na miłych pograniczników.

W Bośniackim Podubovac zatrzymała nas policja, sprawdzili wyłącznie dowody i z uśmiechem życzyli miłej podróży. Przed Mostarem spotkaliśmy całkiem sporo policjantów. Druga wizyta w mieście spowodowana była pysznymi rogalami w piekarni przy Starym Targu. Nie obyło się też bez krótkiego spaceru (o tym co warto zobaczyć w Mostarze przeczytacie w poprzedniej części wpisu).

Chleb w centrum Mostaru to koszt 50 centów (ok. 2,10 zł), a 2 rogaliki to 80 centów (3,36 zł).

W tym momencie miałem już porównanie co do cen paliwa na Bałkanach:

  • w Chorwacji paliwo kosztowało mniej-więcej tyle co w Polsce;
  • w Czarnogórze litr paliwa był około 80 gr droższy niż w Polsce;
  • w Bośni i Hercegowinie za litr paliwa trzeba było zapłacić jedynie 3,50 zł;

Po zakupie pieczywa ruszyliśmy w kierunku północnym. Tam zatrzymaliśmy się chwilę na parkingu przy smażalni ryb, gdzie zlokalizowano wieże widokową na doliny rzek Neretwa oraz Dreżanka, w których można podziwiać nie tylko turkusową wodę, ale też pięknie wyeksponowane warstwy skalne.

PAT_4319PAT_4322

W miejscowości Glogosnica nad rozlewiskiem Neretwy rozciąga się wspaniały widok na masyw Prenj. Przy wykonywaniu tej fotografii o mały włos nie potrącił mnie autobus, ale czego nie robi się dla takiego pejzażu:

PAT_4337

Kilka kilometrów dalej znajduje się malowniczo położone jezioro Jablanica, przez które w miejscowości Kostajnica prowadzi wiszący most. Mostek. Kładka? Przejazd przez dziurawe stalowe płyty był bardzo emocjonujący.

PAT_4353

A tak wygląda okolica Jablanicy:

PAT_4355

Jak już wspominałem, miałem pewne obawy co do atrakcyjności terenów w Bośni i Hercegowinie. Kompletnie nie wiedziałem o takich perełkach, jakie udało mi się znaleźć dosłownie na chwilę przed wyjazdem na Bałkany. Ale może to i plus, że takie tereny nie są praktycznie w ogóle znane i turystyczne.

Kolejne jezioro na trasie to Ramsko. Turkusowy akwen nieco na północ od Jablanicy.

PAT_4375PAT_4386

Co chwilę wyłaniały się masywy górskie. Większe i mniejsze. Droga prowadziła przez bardzo malowniczy teren, który niestety naznaczony jest jeszcze bliznami wojny w BiH.

Okolice góry Makljen:

PAT_4397PAT_4420

Miasteczko Gornij Vakuf i jego okolica niosą na sobie szczególne znamiona wojny. Budynki, znaki drogowe, przystanki autobusowe pokreślone są śladami kul. Odpryski i dziury po strzałach widoczne są w wielu miejscach. To przerażające, że „oni” strzelali do wszystkiego co napotkali na swojej drodze..

        Jajce to miasto, które słynie z wodospadów na rzece Plvica znajdujących się w jego centrum. Po zmroku oświetlona okolica z górującym na wzgórzu starym miastem oraz wodospadami w dole robi wspaniałe, baśniowe wrażenie.

PAT_4440_Jajce

W mieście znajdują się też ruiny świątyni rzymskiej bogini Mitry oraz katakumby sekty bogomiłów.

Będąc w Bośni nie można nie spróbować ćevapi – są to pałeczki z mięsa mielonego (różnego rodzaju) grillowane i podawane z cebulą oraz chlebem pita. Aż 15 ćevapi kosztowało mnie razem z piwem około 10 zł.

Nocleg w Jajcach za pokój 3-osobowy wyniósł 20,70€ (ok. 87 zł).

Dzień 9.

Kierunek – Budapeszt!

Mapa przedstawia trasę przebytą w dzień 9.
dz9

Sporo kilometrów do przejechania, znalezienie noclegu w węgierskiej stolicy ciężkie, upały nieznośne, ale za to widoki cały czas cudowne!

Etap z Jajce do Banja Luki obfituje w strome zbocza górskie, wszechobecną zieleń i meandrujące rzeki, takie jak Vrbas.

PAT_4450

Niemal w połowie drogi między wspomnianymi miejscowościami zlokalizowana jest wioska Krupa na Vrbasu, w której można zawitać nad kaskady rzeki i podziwiać sielankowe krajobrazy z ciągle działającymi młynami.

PAT_4469

Wodospady Krupy znajdują się w granicach Republiki Serbskiej – jednej z dwóch federacji, które składają się na Bośnię i Hercegowinę. Jej stolicą jest Banja Luka. Miasto specyficzne (a może jednak nie tak bardzo, jak myślę). Niezbyt atrakcyjne, za to pełne ludzi i dość gwarne. Mieszkańcy ubrani elegancko z drogimi telefonami dość wyraźnie kontrastowali z otoczeniem.

PAT_4480PAT_4479

Atrakcją miasta jest średniowieczny zamek, którego niestety nie udało mi się zwiedzić z powodu prac przed zaplanowanym festynem. Będąc w Banja Luce warto też odwiedzić XVI-wieczne meczety Ferhadija i Arnaudi Dżamija.

PAT_4481

Wymieniliśmy euro na marki zamienne, aby zatankować paliwo. Za 98 KM (1,95 KM za litr Eurodiesel Ultra) zatankowaliśmy do pełna (ok. 210 zł). Komputer wskazywał, że paliwa wystarczy na 980 km. Na liczniku było już 2509 km.

Granicę z Chorwacją przekroczyliśmy w miejscowości Gradiszka. Tym razem przez kraj szachownicy po prostu przejeżdżałem. Mijałem zrujnowane kościoły, budynki mieszkalne, ostrzelane ściany i dojeżdżając do przejścia granicznego Dolnji Miholjac opuściłem Bałkany.

         Węgry przywitały mnie wielkim stalowym płotem z zasiekami i bramą. Jest to relikt ostatnich wydarzeń związanych z falą imigrantów spoza Europy. To bardzo mocne doświadczenie. Trochę przykre rozgraniczenie między bezgraniczną strefą Schengen, a rajskim, poranionym wojnami terenem Bałkanów. O Węgrach nie będę wiele się tutaj rozpisywał. Przygotuję osobny wpis na temat tego kraju. Nakreślę jednak swoje doświadczenia, które wiążą się z tą podróżą.

Dużo winnic. Tereny nizinne, choć co jakiś czas jeszcze nieśmiało wyglądają zza horyzontu góry. Zatrzymałem się na chwilę w Peczu, aby wymienić euro na ichniejszą walutę – forinty. Samo miasto jest bardzo zadbane i bogate w relikty przeszłości – od pozostałości rzymskiego obozu, przez meczety – najsłynniejszy jest stojący na głównym placu miasta – plac Szechenyiego, najbardziej monumentalny obiekt architektury islamu na Węgrzech Meczet Gazi Kasima Paszy, obecnie przemianowany na Kościół pw. Matki Boskiej Gromnicznej, po wspaniałe kamienice, teatr, pomniki i barokowe kościoły.

PAT_4490

        Ostatnim przystankiem wyjazdu był Budapeszt. Droga prowadziła wzdłuż Dunaju (przypomnę, że omijałem autostrady szerokim łukiem, aby ominąć koszty winiet). Paradoksalnie im bliżej byliśmy stolicy, tym ruch na drogach był mniejszy. Możliwe, że miało to związek z obwodnicami, które otaczają miasto.

Przedmieścia Budapesztu wyglądały okropnie. Brud, budynki przemysłowe, blokowiska. Nocleg zlokalizowany był ok. 4 km na wschód od starego miasta, w wielkim komunistycznym bloku, okolica była trochę niepewna. Kosztował 50€ za 2 noce / pokój 2-osobowy – ok. 210 zł. Po długiej drodze naznaczonej atrakcjami nie miałem już sił wyjść do miasta.

Dzień 10.

         Budapeszt miał być „wisienką na torcie”, takim pewnikiem, który w razie zawodu ukoi ból straconych pieniędzy na Bałkanach. Okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. Nie ujmując piękna stolicy Węgier, po takich doświadczeniach okazał się po prostu kolejnym miastem na trasie. Ten dzień był niesamowicie upalny, a zwiedzanie miasta w asyście gorączki nie jest niczym przyjemnym. Nie mogłem jednak zmarnować czasu i spacerując najpierw przez Peszt, a następnie Budę podziwiałem piękną architekturę centrum.

PAT_4516PAT_4524

Wieczorem, kiedy temperatura trochę spadła, a rześkie powietrze znad Dunaju pomieszało się z parującym kamieniem zwiedzanie przekształciło się w zupełną przyjemność.

Centrum stolicy Węgier jest uznane za jeden z najpiękniejszych miejskich krajobrazów świata. Nic dziwnego, że przyciąga ono tłumy. Taki widok prezentuje się z Zamku Królewskiego w Budzie: 

PAT_4559PAT_4571

Złota godzina nad miastem fotografowana ze słynnej Cytadeli/Wzgórza Gellerta:

PAT_4551

A to panorama miasta już po zachodzie słońca:

PAT_4602

Wieczorem parkingi w centrum przestają straszyć opłatami, a brzeg Dunaju zapełnia się ludźmi, którzy spotykają się na piwie, czy w restauracjach.

PAT_4585

Jedną z ciekawszych atrakcji jest XIX-wieczny Most Łańcuchowy.

PAT_4613PAT_4624

Budapeszt nie jest raczej miastem, w którym wystarczy spędzić kilka godzin. Warto zostać tutaj na 2-3 dni, aby spokojnie i dokładnie zbadać każdy zakątek czarującego centrum i złapać w kadry kilka niepowtarzalnych chwil.

Dzień 11.

          Dzień powrotu do domu. Po śniadaniu jednak poszedłem na romski bazar, który mieścił się pod obskurnym hotelem. Musiałem zakupić tygielek do parzenia kawy, którego teraz używam prawie codziennie. Kosztował 16 zł. O godzinie 8:37 z 2978 kilometrami na liczniku opuściłem Budapeszt.

Mapa przedstawia trasę przebytą w dzień 11.
dz11

       Przekraczając granicę w Ostrzyhomiu wjechałem na terytorium Słowacji, a następnie w Cieszynie wkroczyłem do Polski. Podróż przez kraje Bałkanów była nie tylko wspaniałym wizualnym przeżyciem z mnóstwem cudownych miejsc, ale również potężną dawką pokory, historii, szacunku i tolerancji. Półwysep Bałkański stał się moim ulubionym podróżniczo miejscem. Wciąż nie odwiedziłem wszystkich tamtejszych państw, ale myślę, że niebawem to się zmieni. W moim przypadku wyjazd zdefiniował pojecie „piękna” na nowo.

 

Podsumowanie.

W 5 dni udało mi się zwiedzić intensywnie wybrzeże oraz górzyste tereny Czarnogóry, od granicy z Chorwacją, przez miasta Boki Kotorskiej, Jezioro Szkoderskie i Park Narodowy Lovćen, południkowo zachodnio-centralną część Bośni i Hercegowiny, gdzie odwiedziłem ponownie Mostar, jeziora Jablanica oraz Ramsko, miasto Jajce, wodospady Krupy oraz Banja Lukę, a także węgierski Pecz i Budapeszt.

Łącznie pokonałem ok. 1750 km.

Kosztorys:

  • noclegi: ok. 381 zł/ 2os = ok. 190,5 zł/os
  • jedzenie: 15,50 zł/os
  • paliwo: 383 zł
  • parkingi: 8,40 zł
  • przejazd przez tunel: 10,50 zł
  • tradycyjny alkohol: 126 zł
  • tygielek: 16 zł
    • SUMA:  485,95 zł/os = 97,19 zł/os/dzień

 

Po podliczeniu wszystkich wydatków na 1 osobę koszt całej podróży wyniósł ok. 1210 zł, z dodatkowymi zakupami (głównie jedzenie, ubezpieczenie, ekwipunek do samochodu), o których nie wspomniałem we wpisie, na 11-dniową, pełną pozytywnych emocji bałkańską wyprawę wydałem 1370 zł pokonując łącznie 3539 km.

 

Udanych podróży!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: