Kilkudniowa wędrówka po pustyni Wadi Rum. Jordania – część 1.

Jordanię, właściwie Jordańskie Królestwo Haszymidzkie, zamieszkuje nieco ponad 7 milionów ludzi. Na obszarze trzykrotnie mniejszym od terytorium Polski można znaleźć wiele zapierających dech w piersiach miejsc. Jednym z nich jest pustynia Wadi Rum – obszar specjalnej ochrony UNESCO, którą przez 5 pierwszych dni lutego 2019 roku miałem przyjemność eksplorować.
W tej części opiszę jak wyglądał trekking, w jaki sposób należy przygotować się do samodzielnego wyjścia na pustynię, zaprezentuję przebytą trasę, przedstawię fotografie oraz załączę osobiste przemyślenia, jakie towarzyszyły mi podczas podróży po „Marsie”.

Organizacja i przygotowania

Na wyjazd do Jordanii wpadliśmy razem z Karolem Nienartowiczem w ostatnich dniach grudnia 2018 roku. Od tego czasu systematycznie przygotowywaliśmy się do podróży. Jej głównym celem był opisywany kilkudniowy trekking po pustyni Wadi Rum z własnym namiotem, którego zaplanowanie było kluczowe, aby uniknąć wszelkich problemów na miejscu. Zapoznawaliśmy się z terenem i środowiskiem pustynnym, zajmowaliśmy się tworzeniem map wyznaczonych przez nas szlaków, obliczaniem odpowiedniej ilości wody i jedzenia, które musieliśmy zabrać ze sobą w plecakach, określaliśmy miejsca pod biwaki.

Transport i wiza

Z końcem października 2018 roku lowcostowa linia lotnicza Ryanair uruchomiła bezpośrednie loty do stolicy Jordanii – Ammanu z dwóch polskich miast – Krakowa oraz Warszawy.
Bilet lotniczy w obie strony w naszym przypadku wyniósł 593 zł/os. Nie jest to najtańsza opcja, jednak konieczne było zabranie dodatkowych 20 kg bagaży rejestrowanych na osobę na każdy przelot aby załadować się ze wszystkimi rzeczami, które zabieraliśmy na podróż (w tym namiot, jedzenie, ubrania i inne). Był to najdroższy wydatek podczas organizacji całego tripa.
Należy pamiętać, że Jordania jest krajem muzułmańskim, a w tej religii dniem wolnym jest piątek – wtedy urzędy i inne punkty są pozamykane – my dotarliśmy do kraju właśnie w ten dzień.
Port Lotniczy im. Królowej Alii w Ammanie dzielą z wioską Rum, znajdującą się u wylotu na pustynię 293 kilometry. Pokonać można je na kilka sposobów – wypożyczyć samochód (choć dla dwójki budżetowych podróżników ceny wynajmu i opłat są raczej zabójcze), dojechać na miejsce taksówką, autostopem (o tym w kolejnym wpisie), bądź poprosić o podwózkę prywatnego przewoźnika – tak też zrobiliśmy my i razem z dwójką spotkanych na lotnisku Polaków za cały kurs do Wadi Rum przez Wadi Musa (Petra) zapłaciliśmy 100 JOD (ok. 543 zł).

Drugą opcją na tanie dotarcie na pustynię jest przylot na lotnisko w Ovdzie (Ejlat – Izrael), odległość z lotniska do Rum to 138 km. Do Ovdy można dolecieć z Ryanair z kilku polskich miast: Poznania, Gdańska, Krakowa i Warszawy (ze stolicy lata tam również WizzAir). Przekraczając granicę lądową z Jordanią należy zapłacić podatek wjazdowy – 10 JOD. Podatki transferowe płaci się zarówno w Izraelu (105 NIS), jak i Jordanii. Z podatku wyjazdowego w Jordanii zwolnione są osoby, które spędziły na terenie kraju 3 noce.

Do wjazdu na teren Haszymidzkiego Królestwa Jordanii niezbędna jest wiza. Jej koszt to 40 JOD (ok. 220 zł) i pozwala na przebywanie w Jordanii przez 1 miesiąc – można zakupić ją przy kontroli paszportowej na lotnisku płacąc kartą, bądź lokalną walutą: dinarami. Najbardziej opłaca się wymiana na JOD z dolarów amerykańskich. Choć przelicznik w kantorach na lotnisku (znajdują się one między halą przylotów, a odprawą graniczną) nie jest korzystny, to obowiązują zniżki, np. my wymieniając łącznie 600$ uzyskaliśmy zniżkę 15% na prowizję oraz bezpłatną wymianę powrotną na dolary w kantorach Global Exchange Jordan.

Istnieje kilka trików, dzięki których można na wizie nieco zyskać:

  1. JordanPass – występuje w 3 wariantach, najtańszy z nich kosztuje 70 JOD (ok. 380 zł), a oprócz wizy zawiera bilety wstępu do 40 jordańskich atrakcji – m.in. Petry (indywidualny bilet wstępu kosztuje 50 JOD/1 dzień), Wadi Rum (indywidualny bilet wstępu kosztuje 5 JOD), czy na teren stanowiska archeologicznego w Jerash (indywidualny bilet wstępu kosztuje 10 JOD). Więcej informacji o JordanPass oraz możliwość zakupu znajdziecie na tej stronie: https://www.jordanpass.jo/
  2. Darmowa wiza – dość skomplikowany i nie do końca jasny proces, podobno można starać się o nią w budynku ASEZA w Akabie, gdzie należy zameldować się w ciągu 48h od przekroczenia granicy (metoda niesprawdzona). Turyści przyjeżdżający do Jordanii na krócej niż 3 dni (2 noce) nie są zobowiązani do opłacenia wizy – ciągle jednak wymagane jest zapłacenie opłaty wjazdowej (10 JOD). Docierając do kraju samolotem opłaty te są najczęściej wliczane w koszt biletów.

Środowisko pustynne – warunki naturalne, ubiór i wyposażenie

Wejście na pustynię Wadi Rum jest płatne. Bilet wstępu na teren rezerwatu kosztuje 5 JOD i obowiązuje przez nieokreśloną liczbę dni. Bilety można nabyć w Wadi Rum Visitor Center – 7,6 km od wioski Rum. W centrum turystycznym możliwe jest skorzystanie z toalet, zakup pamiątek oraz zapoznanie się z ofertą noclegowo-turystyczną lokalnych Beduinów.

My skorzystaliśmy z tego miejsca także w inny sposób – z polecenia naszego kierowcy – Omara urządziliśmy tam nasz pierwszy pustynny biwak z panoramą słynnej skały Seven Pillars of Wisdom (Siedem Filarów Mądrości).

„Nie ma, nie ma wody na pustyni…” – no generalnie to nie ma. W jałowej rzeczywistości woda była głównym wyzwaniem – w warunkach zimowych (temperatura wahała się od ok. 3 stopni (w nocy) do ok. 20 stopni Celsjusza) na 3 pełne dni oraz 2 dni „do połowy pełne” zabrałem ze sobą 8,5 litra wody (8,5 kg) – w 5 x 1,5l zaopatrzyłem się w sklepie w wiosce Rum (koszt sześciopaku wody wyniósł 1,5 JOD), litr przywiozłem ze sobą z Polski w bagażu rejestrowanym. Ta ilość wystarczyła na cały pobyt na Wadi Rum. Dodatkowe 1,5 litra zakupiłem po powrocie do wioski jako zabezpieczenie na dalszą część podróży po Jordanii (o tym wkrótce).
Na obszarze pustyni znaleźliśmy kilka miejsc ze stojącą wodą, były to kałuże, niecki w skałach, czy kaniony, jednak jakość tej wody nie była dobra. Wędrując zauważyliśmy też pod skałami zielone obszary, na których rosły rośliny, a piach był wilgotny. U wejścia na pustynię można odwiedzić „Lawrence Spring” – źródło, które nie zawsze jest zasobne w wodę.

Sprawa jedzenia na pustyni też wydawała się ciekawa. Oczywiście występują tam beduińskie campy, gdzie w kryzysie można by prosić o jedzenie i wodę, jednak postanowienie o samodzielnym przemierzeniu pustyni wymagało zabrania ze sobą prowiantu na całą przygodę. Istotną informacją jest też to, że na tak dużej połaci obiekty znajdujące się „niedaleko” w rzeczywistości mogą być oddalone o wiele kilometrów, więc poleganie na „niedalekim obozie” może być złudne. Jedzenie zabraliśmy z Polski. Były to głównie słodkie produkty takie jak wafelki czekoladowe, czipsy bananowe, czekolada, cukierki, batony energetyczne, ale również przygotowane w domu kanapki, pieczywo suche, orzechy ziemne niesolone, zupki chińskie/gorące kubki.
Mimo braku kuchenki (problem z przewozem i nabyciem butli gazowej) gorące kubki przydały się – wieczorami szamaliśmy orzeszki z chemią, nasze organizmy chyba domagały się soli.

Powszechnie uważa się, że noce na pustyni są zimne – noce były chłodne, lecz nie lodowato-zimne. Możliwe, że trafiliśmy na cieplejszy okres, podczas którego temperatury w nocy nie spadały do 0 (choć obserwując serwisy pogodowe takie temperatury się zdarzają, warto obserwować warunki przed wyjazdem, osobiście polecam do tego serwis Windy.com). Na wyjazd zaopatrzyliśmy się w ciepłe, cienkie kurtki, odzież termoaktywną oraz śpiwory o niskich temperaturach komfortu (temp. ekstremalna mojego śpiwora wynosi -15 stopni Celsjusza). Naszym azylem chroniącym przed chłodem, porywistym wiatrem, deszczem i pyłem był namiot Marabut Arco, który posiada fartuchy chroniące dodatkowo przed warunkami atmosferycznymi – docelowo śniegiem, ale w przypadku piasku również wzorowo spełnił swoją rolę. Jako podłoże pod nocleg na skałach lub piachu wystarczyła zwykła karimata.

Biwakowanie w Jordanii jest legalne – Jordania jest ojczyzną Beduinów, plemienia, które żyje w namiotach, a sam biwak w dzikich okolicznościach pustyni jest niezwykłym przeżyciem. Był to mój pierwszy nocleg pod gwiazdami i pierwsza wielodniowa wyprawa w dzikie tereny bez zabukowanych noclegów. Można na każdym kroku oprzeć się o lokalnych „przedsiębiorców” proponujących noclegi w tradycyjnych lub bardziej nowoczesnych podskalnych obozach.

Wadi Rum nie jest typową piaszczystą pustynią. Wydmy, które od razu przychodzą na myśl po zakodowaniu przez mózg słowa „pustynia” zajmują niewielką część rezerwatu. Z tego powodu do wielodniowych wędrówek polecam obuwie trekkingowe. Temperatury w okresie zimowym nie są na tyle wysokie, aby powodowały dyskomfort stóp występujący przy wysokich temperaturach, a na skalistym podłożu, które było częścią naszej trasy, są moim zdaniem najwygodniejsze. Na piaszczystych odcinkach sandały zdały egzamin, a poczucie chłodnego piachu pod stopami po godzinach chodzenia było super! Należy pamiętać o dzikich zwierzętach, które mogą stanowić niebezpieczeństwo dla ludzi – tutaj warto wspomnieć o wężach, w tym występującej stosunkowo rzadko żmii rogatej oraz skorpionach, których jad może być śmiertelny dla człowieka – te stworzenia kryją się w piachu i skałach. Przed skorpionami byliśmy szczególnie ostrzegani, jednak nie zauważyłem ani jednego podczas całej wyprawy. Węże na szczęście zapadają w sen zimowy także i na tej szerokości geograficznej. Przez 5 dni widzieliśmy jedynie kozy, owce, wielbłądy, kruki i jaszczurki.

Wybierając się wgłąb pustyni należy mieć na uwadze słońce – w każdej porze roku może być ono uciążliwe dla skóry i oczu, stąd osoby wrażliwe powinny zabezpieczyć się w krem z filtrem oraz okulary przeciwsłoneczne, a także nakrycie głowy. Mimo tego, że temperatury nie zawsze są wysokie to jasne obiekty (piach, skały) odbijają promienie słoneczne silniej, które atakują nas! My wybraliśmy uniwersalną, arabską arafatkę, która chroniła głowę oraz kark, a w razie zamieci pyłowej można byłoby nią zasłonić również usta i nos.

Pozostając w temacie garderoby – oprócz podstawowego zestawu bielizny zabrałem 2 koszule trekkingowe, które nie tylko są dla mnie najwygodniejszym nakryciem, ale również całkiem nieźle sprawdzają się w ciepłym, nasłonecznionym obszarze – chroniąc skórę przed promieniowaniem słonecznym oraz trzymając ciepło. Spakowałem 2 pary spodni (1 para „tranzytowa” na powrotny lot) – terenowe dżinsy oraz spodnie górskie z odpinanymi nogawkami, a także krótkie spodenki w razie ewentualnej kąpieli w Morzu Martwym w dalszym etapie trasy. Należy pamiętać, że Jordania jest krajem islamskim i choć jest raczej liberalna w stosunku do wielu (prawie wszystkich?) dziedzin życia to należy uszanować miejscowe zasady – według nich krótkie spodenki nie są do końca pożądanym ubiorem.
Dzień po naszym wyjeździe z Wadi Rum nad terytorium Jordanii nadeszły burze i deszcz, stąd warto mieć przy sobie coś także na takie warunki, jeśli prognozy przewidują załamanie pogody – ja odpuściłem płaszcz przeciwdeszczowy, choć nie byłby przydatny podczas naszego pobytu.
Miałem również kijki trekkingowe, które pomagały w stabilizacji ciała ze sporym bagażem na plecach.

Do ekwipunku dołączyły też nawilżane chusteczki oraz żel antybakteryjny, plastry na odciski, szczoteczka i pasta do zębów, antyperspirant, składany nóż, plastikowa łyżka, kubek emaliowany, ręcznik, żel pod prysznic (przydał się do obmycia głowy z pyłu w Visitor Center), pomadka ochronna, oraz obowiązkowo notatnik z długopisem, dzięki któremu powstają te blogi!
Podczas takich wyjazdów warto pamiętać o ubezpieczeniu.

Wszystkie rzeczy spakowałem do 65 litrowego plecaka Mountain Warehouse Inca 65l, plecak ten bardzo dobrze sprawdził się podczas całego wyjazdu. Sprzęt fotograficzny zapakowałem do osobnej torby fotograficznej, którą nosiłem przewieszoną przez ramię.

Waga, którą nosiłem na sobie pierwszego pełnego dnia wędrówki przekraczała 30 kg (obliczyłem, że było to 31,5 kg), co stanowiło połowę mojej masy ciała. Na żadnej wędrówce nie przenosiłem tak dużego ciężaru.

Sprzęt elektroniczny

Nasza wyprawa była ukierunkowana stricte w kierunku trekkingu fotograficznego i to fotografii podporządkowaliśmy cały wyjazd – od potrzeb bagażowych po wybór idealnych miejsc do biwakowania.
Wyjazd wymagał więc od nas dodatkowych wolnych przestrzeni mieszczących sprzęt fotograficzny oraz inne gadżety.
Zabrałem ze sobą mój aparat – Nikon D810 wraz z jednym obiektywem Nikkor 24-70 f/2.8, 6 akumulatorów (2 x Nikon, 2 x Newell, 2 x Newell Plus) o łącznej pojemności 12 200 mAh, które wystarczyły do obfotografowania całego 8-dniowego wyjazdu do Jordanii. Dodatkowo zabrałem wężyk spustowy Newell, zestaw filtrów Lee (0,6 soft grad, 0,6 hard grad, 0,9 soft grad – dzięki Karol!), filtr polaryzacyjny, podwójną ładowarkę USB do akumulatorów – marki Newell, karty pamięci o łącznej pojemności 208 GB, szmatkę do czyszczenia sprzętu oraz statyw Manfrotto Element Traveller Big.
Poza sprzętem fotograficznym zabrałem oczywiście smartfona, którym zbierałem część materiału foto/video, powerbanki z ładowarkami o łącznej pojemności 22 200 mAh oraz czołówkę z kompletem dodatkowych baterii.

Mapy

Szlak po pustyni wyznaczyliśmy sami na podstawie poszukiwań interesujących fotograficznie miejsc oraz rozeznaniu terenu i dostępności do określonych lokalizacji. Głównym narzędziem przy eksploracji pustyni było Google Maps oraz Google Earth, gdzie dzięki udostępnianym fotografiom oraz cyfrowym spacerom Street View, a także dostępnemu cyfrowemu modelowi terenu mogliśmy odnaleźć najbardziej fascynujące miejscówki i poprowadzić najbardziej optymalną trasę naszego trekkingu.

Na mapy satelitarne wygenerowane w wysokiej rozdzielczości za pomocą oprogramowania QGIS nanieśliśmy szlaki oraz oznaczyliśmy wybadane wcześniej atrakcje. Finalny obraz w odpowiedniej skali, Karol wydrukował na kilku kartkach A3 i nosił w teczce podczas trasy.
Dzięki dobrej orientacji w terenie nie zgubiliśmy się ani razu. W ekwipunku znajdował się również kompas, mieliśmy pobrane mapy offline eksplorowanego obszaru, jednak nie były one potrzebne przy autorskich mapach analogowych.

Wędrówka po pustyni

Finalnie cały szlak, który przeszliśmy po pustyni liczył około 60 kilometrów.

Utworzona przez nas mapa trekkingu po Wadi Rum zawierająca szczegółowy szlak oraz oznaczone miejsca, warte odwiedzenia i sfotografowania wyglądała następująco (po powrocie wprowadziłem nieznaczne zmiany, stąd różni się ona nieco od wersji pierwotnej):

Numerkami od 1 do 12 oznaczyłem warte uwagi formy skalne znajdujące się w terenie:

  1. Wejście do rezerwatu UNESCO robi wrażenie. Pionowe skały, wystrzelone spod piachu, przyozdobione kunsztownie wyrzeźbionymi przez czynniki naturalne ornamentami wprawiły mnie w osłupienie.

2. Red Sand Dunes Area – obszar czerwonych wydm, który był jednym z największych zaskoczeń podczas trekkingu. Na satelitach piachy nie wyglądały na tak malownicze, jak okazały się w rzeczywistości, więc początkowo nie myśleliśmy o odwiedzeniu tego zakątka. Spędziliśmy tam trochę czasu nadkładając parę kilometrów, ale takim widokom nie mogliśmy się oprzeć. Znaleźliśmy wśród pionowych skał kawałek piaszczystej, saharyjskiej pustyni.

3. Czerwona wydma – około 1 km na południowy-wschód od malowniczych, nierozdeptanych wydm znajduje się kolejna, prawdopodobnie dość popularna, o czym mogły świadczyć wycieczki spotkane przez nas podczas wędrówki. Niemniej ma ona swój urok.

4. Wielka czerwona wydma – jej szczyt oznaczyliśmy jako miejsce, w którym chcemy nocować.
Podejście z ponad 30-kilogramowymi plecakami po stromym, osuwającym się piachu był sporym wyzwaniem. Wejście przy takim balaście było wymagające – „krok do przodu, pół kroku do tyłu”. Po dotarciu do celu zostaliśmy wynagrodzeni nie tylko miękkim piaszczystym podłożem, idealnym pod komfortowy sen, ale i fantastycznym spektaklem światła i kolorów – na naszych oczach mogliśmy obserwować, w jaki sposób zmieniają się kolory pustyni, które przechodziły od beżu, przez soczysty koralowy róż, aż po karmazyn.

5. Skalny grzyb – wraz z odległością od wioski Rum malała liczba turystów i samochodów mijających nas w pewnej odległości. Magnesem przyciągającym ich w ten o wiele dzikszy fragment rezerwatu była skała przypominająca kształtem grzyb. Poza 2 samochodami z turystami spotkaliśmy w tym rejonie jedynie stada kóz, wielbłądów oraz tradycyjne, nieturystyczne beduińskie namioty.

6. Jebel Burdah Rock Bridge – jeden z kilku skalnych mostów na Wadi Rum. Zdecydowanie najbardziej wymagający jeśli chodzi o podejście. Miał to być nasz drugi nocny postój. Most skalny rozpościera się między szczeliną na znacznej wysokości. Posiadaliśmy dokładny wydruk trasy do tego miejsca odnaleziony w internecie. Niestety mimo przyczepności piaskowca z którego zbudowany był momentami pionowy szlak, z plecakami, które uniemożliwiały nam swobodne ruchy nie daliśmy rady dotrzeć do celu. Oznaczenie szlaku składa się z wyrzeźbionych w skale i wytartych kamieniami strzałek oraz kopców ułożonych z kamieni. Wedle informacji znajdującej się na znaku chęć wejścia należy zgłosić w Visitor Center. Na „lekko” z pewnością szlak nie byłby na tyle trudny, abyśmy nie mogli go pokonać. Niestety udając się na wielodniowe wyjście musieliśmy zadbać o nasz ekwipunek.

Miejsce docelowe tego dnia znajdowało się około 15 minut od wejścia na stromy szlak w kierunku skalnego mostu Burdah – podstawy góry. Doszliśmy na tyle wysoko na ile zdołaliśmy się wspiąć. Stamtąd obserwowaliśmy fantastyczną scenerię podczas wschodu i zachodu słońca.

7. Um Frouth Rock Bridge – prawdopodobnie najpopularniejszy most skalny na pustyni. Spotkaliśmy tam mnóstwo samochodów i turystów, którzy przyjechali aby sfotografować się na tle pięknej formacji skalnej i wejść na jej szczyt. Miejsce było bardzo ciekawe, jednak po obcowaniu z pustynną pustką zderzenie z tłumem turystów nie było wielką przyjemnością. Niemniej jest to zdecydowanie miejsce warte odwiedzenia.

8. Czerwona wydma i „skalna brama” – kolejna miejscówka przypominała nam do złudzenia dalekowschodnie świątynie buddyjskie. Obszar wyłożony czerwonym piaskiem, na który wróciliśmy po kilkunastu kilometrach wędrówki po beżu, w towarzystwie misternie wykutych naturalnych wzorów na wysokich skałach jest zdumiewająco piękny.

9. Little Bridge – mały most wznoszący się na niewysokiej skale, łatwo dostępny o ciekawym kształcie.

10. Kanion Khazali – niewielki kanion wcinający się w masywną górę Khazali wznoszącą się na ok. 1650 m n.p.m. oferuje oprócz ładnych widoków również ciekawą trasę, która prowadzi przez wypełnione wodą niecki. Nie jest głęboki, a przejście do punktu końcowego zajmuje ok 5 minut.

11. Skały wystające na pustyni, z których rozpościera się piękna panorama z dominującą w krajobrazie górą Khazali. Góra ta przypominała mi swego rodzaju świątynię natury, a z odległości kanion przecinający płaskie ściany wyglądał jak brama. Można stąd również dostrzec wioskę Rum oraz górę Jebel Um Ejil przypominającą wielki statek.

12. Czerwona wydma – ostatnie miejsce jakie wybraliśmy na biwak podczas wędrówki po Wadi Rum. Znaleźliśmy tam osłonięte wcięcie w skale, które dobrze chroniło nas podczas nocnego silnego wiatru.

Zaskoczyła nas niesamowicie liczba ludzi, którzy znajdowali się na wydmie. Oprócz wspinaczki na punkt widokowy na szczycie, uprawia się na niej także inne aktywności, w tym jazdę na desce /sandboard/. Wniesienie oferuje piękne widoki na okolicę, a wieczorem naprawdę przypomina Mars.

Jeszcze przed zachodem słońca wydma opustoszała i nie przypominając stanu za dnia dawała poczucie łączności z przyrodą. Z przyjemnością obserwowałem fantastyczne ripplemarki wyrzeźbione na piachu przez wiatr i ciągle przewiewające się, błyszczące w słońcu drobiny.
Kilkadziesiąt minut po zachodzie słońca teren nabrał niezwykłych barw.

Podsumowanie

5 dni spędzonych w pustynnych okolicznościach, polegając wyłącznie na wcześniejszym przygotowaniu i wzajemnej współpracy, będąc na łasce natury, której oblicza wcześniej w ogóle nie znałem to najpiękniejszy czas, jaki mogłem dotąd spędzić z aparatem w ręku. Miałem zaszczyt obserwować zachody i wschody słońca w miejscach wyjątkowych, walczyć z nocnymi wichurami i pyłem, odnajdywać się wśród skalnych labiryntów. Ta przygoda była dla mnie fascynująca pod wieloma względami – była to moja pierwsza wizyta w Azji, pierwszy wyjazd do kraju arabskiego, pierwszy trekking po pustyni, pierwsze autostopy, pierwsze dzikie biwaki. Jestem niesamowicie dumny z tego, że z balastem ważącym połowę mnie samego przeszedłem całą założoną trasę bez jakichkolwiek problemów.

Dzięki Karol za oszałamiającą podróż i wsparcie podczas ogarniania i realizacji wyjazdu!

Wadi Rum jest z pewnością miejscem, do którego wrócę, a przynajmniej mam ogromną nadzieję, że kiedyś jeszcze je odwiedzę. Jest kilka miejsc, których nie zobaczyłem i nie doświadczyłem. Wcześniejszy obraz pustyni jako jałowego miejsca, nieprzyjaznego dla życia zmienił się za sprawą tych wszystkich sytuacji w jedno z najpiękniejszych miejsc przeze mnie odwiedzonych.

W razie jakichkolwiek pytań zapraszam do kontaktu. Pytania możecie zadawać tutaj (w komentarzach), za pośrednictwem zakładki „Kontakt” oraz przez stronę na fejsie: Patryk Biegański – fotografia. Postaram się pomóc!

Niebawem pojawią się kolejne wpisy dotyczące uprawiania turystyki w Jordanii. Zachęcam do śledzenia!

Jedna myśl na temat “Kilkudniowa wędrówka po pustyni Wadi Rum. Jordania – część 1.

Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: